Było sobie miasteczko w którym ciągle padało.
Niebo przez cały czas było zasnute chmurami, z których nieustannie kapały krople deszczu.
Smutno było nie tylko dlatego, że było tam szaro i ponuro, ale również dlatego, że mieszkańcy tego miasteczka chodzili z wielkimi , czarnymi parasolami, i wszyscy mieli bardzo smutne miny.
Któregoś dnia pojawił się na jednej z ulic człowiek z żółtym parasolem, który był uśmiechnięty.
Ludzie patrzyli na niego z wielkim zdziwieniem i z nieufnością i mówili do siebie:
– Spójrzcie tylko co to za cudak i ekscentryk. Nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy. Jak można chodzić z takim dziwacznym parasolem i uśmiechać się mimo, że przecież nie ma żadnych powodów do radości.
W tym miasteczku mieszkała również mała dziewczynka, Zosia.
Któregoś dnia Zosia trochę zaspała i w porannym pośpiechu zapomniała parasola. Biegła do szkoły w deszczu i już po chwili miała mokre włosy i przemoczone ubranie.
Wtedy zobaczyła na ulicy człowieka z żółtym parasolem, który uśmiechnął się do niej i zapytał, czy nie chciałaby się pod nim schować.
Dziewczynka zawahała się przez chwilę, bo bała się, że z niej również ludzie zaczną się śmiać , ale w końcu zgodziła się, bo deszcz padał coraz mocniej i weszła pod żółty parasol.
Wtedy zobaczyła, że pod tym parasolem świeci słońce , latają motyle i śpiewają ptaki. Wtedy zrozumiała, dlaczego ten mężczyzna był zawsze taki szczęśliwy i uśmiechnięty.
Zapytała go o tajemnicę jego parasola.
– Sam do końca nie wiem – odpowiedział. – mieszkam w tym miasteczku od dawna i tak jak wszyscy chodziłem z czarnym parasolem i byłem bardzo smutny. Ale pewnego dnia kiedy wyszedłem z domu, zapomniałem zabrać swojego parasola i kiedy stałem przemoczony na ulicy, podszedł do mnie jakiś człowiek z żółtym parasolem i zapytał mnie, czy chciałbym się pod nim schronić.
Zgodziłem się i wtedy zobaczyłem, że pod jego parasolem świeci słońce, jest niebieskie niebo i latają motyle.
Kiedy doszedłem do domu zauważyłam, że tamten człowiek zniknął i jestem sam pod parasolem.
I od tego czasu z nim chodzę i czuję się wspaniale.
Kiedy Zosia słuchając tej opowieści dotarła do domu, wtedy zorientowała się, że nikogo nie ma. Jest tylko ona i żółty parasol.

W czasach zarazy tak często słyszymy, że mało jest teraz powodów do radości: źle się dzieje na świecie a być może niedługo będzie jeszcze gorzej, z powodu zbliżającego się widma recesji . Wirus emocji jest tak samo zaraźliwy, jak koronawirus. Czy łatwiej będzie nam przetrwać deszczową pogodę jeśli będziemy zmartwieni i zalęknieni? Czy możemy stworzyć sobie własny mikrokosmos jeśli będziemy pamiętać, że to nie sytuacja wpływa na nasze mocje, tylko to, co my z tą sytuacją zrobimy?

Czy wolność wewnętrzną może nam zapewnić zajmowanie się tym, na co mamy wpływ (pogoda po własnym parasolem) i dystansowanie się od tego, na co nie mamy wpływu ( pogoda na świecie)?

I wreszcie, czy nie poczujemy się lepiej, jeśli sami będziemy dla kogoś człowiekiem z żółtym parasolem?